Pierwszy
wpis na tym oto blogu.
Blogu, który pewnie będzie parodią bloga. O ile zasłuży sobie na ten zaszczytny tytuł „parodii bloga”.
No i o ile będzie istniał wystarczająco długo by móc sobie na owe zaszczytne miano „parodii bloga” zasłużyć.
Blogu, który pewnie będzie parodią bloga. O ile zasłuży sobie na ten zaszczytny tytuł „parodii bloga”.
No i o ile będzie istniał wystarczająco długo by móc sobie na owe zaszczytne miano „parodii bloga” zasłużyć.
Pierwszy
wpis powinien być ciekawy, inspirujący, mądry i głęboki. Z góry, więc zaznaczę,
że taki nie będzie. Żaden wpis nie będzie. Bo żeby móc pisać takie wpisy trzeba
być trzeba być ciekawym, inspirującym, mądrym człowiekiem o głębokim wnętrzu, a
ja… No cóż… Ja jestem SOBĄ. I nie zamierzam udawać człowieka posiadającego wszystkie
wymienione przeze mnie wyżej cechy. Bo i po co?
Każdy, kto mnie zna i tak wie, jaka jestem.
Nie
mniej –myślę (sic! myślę!! to się często nie zdarza), że warto będzie go
czytać, bo jestem osobą nietypową, o dość specyficznym spojrzeniu na świat i
dzięki temu wiele rzeczy, które będę pisać może wydać się interesującymi.
Z
góry zaznaczę –nie piszę po to, by kogokolwiek przekonać do mojego sposobu
spojrzenia na świat. Nie liczę na brawa, uznanie i takie tam pierdoły. Powiem
też, że mało, kto jest w stanie przekonać mnie do poglądów innych niż moje
własne, więc wszelakie próby skwituję pobłażliwym uśmiechem. Konstruktywna
dyskusja? Spoko. Próby skorygowania mojego myślenia? A weź spierdalaj… 
Dobra,
nie ma co pierdolić o dupie Maryni.
Przechodzimy
do części właściwej! Ave.
_______________________________________________
Dziś będzie
o życiu. A raczej o tym, że życie to BAGNO.
Napisałam
powyższe, zdanie przeczytałam i stwierdziłam, że pewnie sobie pomyśleliście „O Boże, następne smutne EMO”.
Rozczaruję
was. Nie identyfikuję się z tą subkulturą. Nie identyfikuję się też z metalami,
punkami, gothami, dresami, skinami, hipsterami, skejtami i tak dalej, i tym podobne…
Tworzę
własną subkulturę, która ma tylko jednego przedstawiciela (wiem, że to co
napisałam nijak ma się do definicji subkultury będącej z założenia grupą
społeczną, ale CICHO!). Nazwy jeszcze nie wymyśliłam, ale wszystko z czasem…
Dobra
ja tupitu-pitu, a tu miało być o tym, że życie to BAGNO.
Brudna,
śmierdząca, mokra sprawa. Co więcej, jak w nie wleziesz to siedzisz po pas.
Podobnie
jak różne rodzaje bagien są różne rodzaje życia. Na pewno zauważyliście, ze niektóre
bagna są bardziej „bagniste niż inne”. Nie wiem, z czego wynika to w przypadku
tych podmokłych terenów, bo specem od biologii nigdy nie byłam i już raczej nie
będę, ale jeśli chodzi o ludzką egzystencje to jest na pewno wiele czynników,
które sprawiają, iż żywoty jednych są bardziej „bagniste” niż żywoty„innych”.
Dużo
osób za czynnik definiujący „bagniowatość” (tak, stworzyłam to słowo przed
chwilą) ludzkiego życia uważa ilość pieniędzy na koncie bankowym. Nie wiem,
dlaczego, bo ja kasę to mam zasadniczo gdzieś. Jest – super, każdy lubi ją
wydawać. Niema – tragedii też nie ma (po prostu przez dwadzieścia dni, zanim
przyjdzie transza kredytu studenckiego je się płatki i mleko). Wiem jednak, że
są osoby, które za dodatkowe pieniążki na koncie sprzedaliby własną matkę.
Btw
– czytałam ostatnio okropną historię. Matka narkomanka za działkę sprzedała
swoją trzyletnią córeczkę na numerek pedofilowi. Ach ta matczyna miłość.
Inni
za determinantę uważają warunki fizyczne danego osobnika (czyt. Czy jego gęba powoduje, że można nim
straszyć małe dzieci, czy niekoniecznie). Przyznam się szczerze, że jako
kobieta lubię wyglądać ładnie (He, choć może w moim przypadku „ładnie” to
hiperbola) i mam wiele kompleksów, które powodują, że moje życie okresowo jest
nieco bardziej podmokłe niż powinno.
Jeszcze
inni osuszają swoje podmokłe tereny obecnością bogów. W których ja nie wierzę.
Ale uważam, że wiara to nic złego. Wręcz przeciwnie. Moim zdaniem ludziom łatwiej żyć kiedy w coś wierzą
. Wiara daje nadzieję, niejednokrotnie pozwala oderwać się od smutków, pogodzić
z nieuniknionym, daje siłę do walki. Wiara pozwala… wierzyć. Wierzyć w to, że
śmierć ma sens, że nie jest ostatecznym pożegnaniem z naszymi bliskimi, że nie
jest krańcem wszystkiego, a , gdy nastanie koniec, tego co, ulotne i doczesne
przeniesiemy się w świat, w którym wszystko jest piękne idealne. Świat bez
bólu, cierpień i chorób. Świat tak idealny, że aż zupełnie nierealny.
Znajdą
się tacy, co za czynnik decydujący o tym, jak bardzo śmierdzące i mokre jest ich
życiowe bagno uznają „posiadanie lub brak bliskości drugiego człowieka”. Ten
czynnik zasadniczo jestem w stanie w zrozumieć. Ale tylko w pewnym stopniu.
Chodzi oto, że mam wspaniałą, cudowną i najlepszą na świecie rodzinę. Rodzinę,
dzięki której jestem w stanie przetrzymać brak kasy, moje niedoskonałości
fizyczne, która pomaga mi wydostać się, gdy wpadnę w moje bagno trochę za
głęboko. Mam też cudownych przyjaciół. I
nigdy nie jest tak, że mam poczucie tego, iż nie ma kogoś, kto jest mi bliski,
na kim mogę się podeprzeć, gdy stanie się coś złego. W związku z tym, nie mogę
znaleźć punktu odniesienia, do tego, jak bardzo podmokłe może być życie, gdy
nie ma kogoś, komu po prostu, ot tak, można się nie tylko wygadać i wypłakać,
ale przede wszystkim, kogoś, z kim można dzielić radości, a on będzie cieszył
się z twoich sukcesów jak ze swoich własnych.
Jest
oczywiście jeszcze wiele innych czynników, które czynią, że życie jednych jest
bardziej „bagniste” niż życie innych. Warto też wspomnieć o tym, że nie każdy
startuje na równie „podmokłym podłożu”. Nie ma co ukrywać, że jedni od początku
mają nieco bardziej śmierdzące bagienko niż inni.
Jednak
koniec końców – to od nas zależy, w jakim stopniu przejmować się będziemy
każdym z czynników, o których wspomniałam (albo też nie wspomniałam – bo żeby
wymienić wszystkie nie starczyłoby mi roku akademickiego, a sesja się zbliża).
Bo tak naprawdę to nie np. brak kasy jest często problemem tylko to, że ludzie
się tym nadmiernie przejmują. Nie jest problemem to, że nie mamy nikogo
bliskiego, alet o, że tak się tym martwimy, iż nie możemy poznać nikogo, kto
mógłby stać się dla nas bliski.
Pamiętajcie
– nasze życie jest bagnem w takim stopniu, w jakim na to pozwolimy. I im
bardziej bagnistym je widzimy, tym bardziej staje się podmokłe, głębokie i
śmierdzące.
A
teraz, zanim podsumuję dzisiejszą notkę, opowiem wam pewną historię.
Moja
rodzina (ta cudowna, wspaniała, niesamowita rodzina, o której wspomniałam
wyżej) zorganizowała w pewien weekend majowy piknik
. Mamy taką sprawdzoną
łączkę. Niedaleko jest rzeka. Żeby dojść do rzeki trzeba zrobić jednak ogromne
kółko przez las lub iść przez bagno.
No i za pierwszym razem przeszliśmy sobie dookoła. Ale później moja kuzynka stwierdziła, że fajnie byłoby przejść przez bagno skacząc po takich kępach trawy. Pomysł trochę głupi, ale mnie do głupich pomysłów długo nie trzeba przekonywać, więc bez namysłu się zgodziłam
.
Było fantastycznie! Wpadłam tyłkiem w bagno, śmierdziałam nawet po umyciu, spodni doprać nie mogę do dziś, ale naprawdę mi się podobało. Bo koniec końców –brudni, śmierdzący, ale jakże szczęśliwi, przeszliśmy po owych kępkach do rzeki.
No i za pierwszym razem przeszliśmy sobie dookoła. Ale później moja kuzynka stwierdziła, że fajnie byłoby przejść przez bagno skacząc po takich kępach trawy. Pomysł trochę głupi, ale mnie do głupich pomysłów długo nie trzeba przekonywać, więc bez namysłu się zgodziłam
Było fantastycznie! Wpadłam tyłkiem w bagno, śmierdziałam nawet po umyciu, spodni doprać nie mogę do dziś, ale naprawdę mi się podobało. Bo koniec końców –brudni, śmierdzący, ale jakże szczęśliwi, przeszliśmy po owych kępkach do rzeki.
I
teraz podsumowując – życie to BAGNO. Ale ja lubię chodzić po BAGNACH.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz